Kajzerek: Jak zostać dziennikarzem NBA?

7
fot. YouTube

To prawdziwy wyścig o followersów; o kilki; o zainteresowanie; o argumenty w rozmowach na temat podwyżki. Za kulisami wielkich transferów piszą się CV mistrzów sztuki handlowania informacją. Off-season zamienia się dla nich w ulice Pampeluny, ale to oni są w tej historiii bykami – goniącymi za kolejnym tweetem, który przewróci internet do góry nogami. Ten wyścig zjada ich dusze, ale tego wymaga środowisko, w jakim podjęli rywalizację. Najlepszym przykładem ostatnich lat stał się protegowany Adriana Wojnarowskiego – Shams Charania. Do wątku tego niepozornego studenta zaglądającego w telefony generalnych menadżerów jeszcze wrócimy.

Zacznijmy od pytania – czy pisanie o koszykówce NBA sprawia tym ludziom frajdę? Jak w większości przypadków, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Życie dziennikarza sportowego pracującego w tak dynamicznej rzeczywistości zmienia się z godziny na godzinę. Wystarczy jeden głos, by uruchomić prawdziwą lawinę, która zalewa nas niezweryfikowanymi i często wyssanymi z palca informacjami. Kluczem jest to, by odróżnić gościa, który wie co robi, od gościa, któremu wyłącznie się wydaje.

Ethan Strauss, bardzo inteligentny i błyskotliwy publicysta, napisał rok temu tekst przedstawiający jego perspektywę na wykonywany zawód. W pewnym momencie Strauss przyznał się na łamach swojego bloga, że czuje wypalenie zawodowe i nie do końca wie, co z tym zrobić. Nie chciał rezygnować z pisania, bo traktował to jako swój główny dochód. W swojej bezradności postanowił więc, że remedium może być zmiana otoczenia. Opuścił The Athletic i dołączył do Substacka, czyli amerykańskiej platformy dla elity wśród blogerów, na której ci mogą kapitalizować swoje możliwości. Tam dziennikarze ustalają własne reguły i nie muszą się mierzyć z korporacyjnymi sznytem.

Straussowi zmiana wyszła na dobre. Odzyskał radość z wykonywanej przez siebie pracy i zyskał spokój, jakiego nie miał, gdy nad karkiem wisiał mu wychowany przez arkusz kalkulacyjny redaktor naczelny. W pewnym momencie Strauss zaczął otrzymywać wiadomości sugerujące, że w środowisku dziennikarzy jest więcej osób, które mają dość koniunktury, jaka powstała na przestrzeni ostatnich dekad.

Chesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułFlesz: 29 już nie goni 30 i dobrze
Następny artykułWake-Up: Warriors zainteresowani powrotem Duranta? Dragić w Bulls

7 KOMENTARZE

  1. Ciekawy art, mam tylko wrażenie, że jakby urwał się w połowie…
    A praca dziennikarzy relacjonujących wydarzenia NBA – 24/7, w dobie twittera, gdy liczą się sekundy – to świetny temat na film. Mógłby kiedyś taki powstać, inspirowany rywalizacją Woj/ Chams…

    Lubię to: 3
  2. Nie chcę być źle zrozumiany, ale kumam, o co chodzi Straussowi, gdy mówi o wypaleniu w tej branży. Mam po prostu takie doświadczenia. Nie chcę porównywać polskiego gruntu ani w skali, ani w wartości do tego amerykańskiego, ale gdyby jednak odrzeć się ze skromności, to śmiało wypada stwierdzić, że pisanie o NBA w Polsce jest bardziej eksploatujące i tym samym bardziej wypalające, niż tam na miejscu. Zużyć można się w dwa sezony i to z jednej prostej przyczyny… zachwianie czasoprzestrzeni. Użyłem tego terminu wcale nie na żarty. Kiedy chcesz na poważnie prowadzić portal o NBA, musisz żyć w dwóch miejscach równocześnie. Gdy w Europie mamy środek nocy, NBA zaczyna kolejkę. Gdy u nas świta i należałoby odespać, musisz skleić wake-upa, a później iść do pracy, szkoły czy podowozić inne tematy. Gdy wypełniasz zajęciami dzień, w USA zaczyna świtać, a beat-writerzy zaczynają pisać i publikować teksty, które musisz przeczytać. Gdy je przeczytasz, zaczynasz na ich podstawie opracowywać teksty na swój portal lub bloga, w najgorszym wypadku po prostu je tylko tłumaczysz, powołując się na źródło, ale to wciąż praca edytorska, gdzie działasz jak na hotline, aby wyprzedzić lub równać do innych. Następnie jest wieczór i zapowiedź kolejki. Tak zamyka się koło. Cykl trwa codziennie przez praktycznie cały rok. Wytchnieniem nie jest nawet lato, gdzie mamy draft, wolną agenturę, summer-league, Igrzyska, MŚ. Newsy od Woja zaskakują Cię w kawiarni, w centrum handlowym, gdy oglądasz film z dziewczyną, gdy chcesz wyjść na piwo z kumplami. Pod prądem jesteś 24h. To serio ciężki temat. W Polsce od 2012 mamy ok. 5/6 branżowych portali, kilkadziesiąt (set?) profili fb, pojawiły się kanały YT, prężnie działa twitter, o NBA piszą też redakcje sportowe dużych portali. Tu -w pieprzonej Polsce- też trwa rywalizacja na newsa i choć jest to news spisany, to często jednak opakowany jakimś autorskim wnioskowaniem, a już z pewnością pracą nad tekstem jakim on by nie był. Cholernie ciężka branża, w dodatku w nieopłacalnej niszy. Wiedzą o czym tutaj piszę chłopaki z 6G i innych redakcji, i każdy, kto próbuje być oserduszkowanym na twitterze. Bardzo ciężko znaleźć balans pomiędzy byciem najszybszym w Polsce, a jednocześnie chętnie czytanym. Taka refleksja… nie polecam. Natomiast morał z tego taki. SPIESZMY SIĘ KOCHAĆ SZÓSTEGO, W KAŻDEJ CHWILI MOŻE SIĘ WYPALIĆ.

    Lubię to: 8
  3. Michale, wklejenie na Twittera jednego czy kilku zdań nie oznacza że Shams czy Woj są dziennikarzami i porównywanie ich do osób PISZĄCYCH o NBA to zdecydowana przesada. Ja wiem że trzeba Maćkowi dać tekst ale to co powyżej popełniłeś to nawet jak na Ciebie absolutna makabra.

    Lubię to: 0