Flesz: 29 już nie goni 30 i dobrze

8
fot. le internet

Nic dziwnego, że Damian Lillard znów wysyła jakieś nieprzejrzyste sygnały, że lojalność ma swoją datę ważności, skoro nie udało się Portland wyjąć OG. Wow, OG Anunoby’ego.

Dobrze, że już nie ma tak pewnych faworytów do tytułu, jak Brooklyn Nets – Kevin Durant na pewno nie zmieni zdania, KD na pewno nie ma second thoughts na drugim koncie – bo może już opowiedzianą, ale nie wystarczająco podkreśloną historią jest to, że wróciliśmy z ligą do czasów, kiedy pytaniem nie było z kim LeBron James zmierzy się w Finale, ani kogo w nich zleje Superteam Warriors, tylko do sytuacji, w której znowu jesteśmy w stanie wymienić nazwy wszystkich 30 klubów NBA.

Pamiętasz Phoenix? Kojarzysz Denver? Warriors? A Memphis? Pamiętasz asencję Memphis? Minnesotę z nowym Big3 dziś tak, ale pierwszą piątkę Pelicans? Lukę i Dallas? Co Dinwiddie zrobił Phoenix w Phoenix? A co z Clippers? Co przede wszystkim z Clippers? Co z Clippers-Warriors? Lue vs Kerr? Co z LeBronem i z Lakers? Kogoś tu jeszcze nie ma, więc może spokojnie z tym pamiętaniem.

Konferencja Wschodnia może być jeszcze bardziej skomplikowana, choć dodanie tych meczów zdrowego Malcolma Brogdona do Bostonu i powrót tych meczów zdrowego Khrisa Middletona, wysuwają Milwaukee-Boston nieco przed Sixers, walczących teraz o tytuł dla Houston Daryla Morey’a w 2019, plus Celtics cały czas mogą jeszcze użyć do połowy lipca tego 17-milionowego wyjątku. Chyba, że Miami obróci jakimś cudem Tylera Herro w Kevina Duranta, wtedy sytuacja stanie się jeszcze ciekawsza.

To wszystko co dzieje się obecnie w lidze nie gwarantuje nam poziomu Threepeatujących lub – jak Warriors z KD – niemal threepeatujących składów, ale na poziom gravity Stepha Curry’ego – pierwszy mistrz od czasu Duncan/Splitter, którego startujący frontcourt trafiał mniej niż 0,5 trójki w playoffach (jej!) – czy przede wszystkim na poziom czterech pierwszych meczów ostatnich Finałów nie można było narzekać nic a nic. Jeżeli efektem teoretycznego obniżenia się na papierze poziomu tych najlepszych drużyn, jeżeli efektem tego tak zwanego wyrównania szans, które obserwujemy, ma być tak dobra koszykówka, jaką widzieliśmy w Finałach, to prawdopodobnie zawdzięczamy ją nie wstrzykiwaniu nazwisk gwiazd do składów, tylko boiskowej synergii składów, które grają ze sobą trochę. Joe Ingles w Milwaukee gra na pewno od dziesięciu lat, o czym szybko się przekonamy.

To raczej lepiej dla tak zwanego produktu, że tyle składów dziś wymienia tyle pierwszorundowych picków, bo o tytule mistrzowskim może marzyć, niż 14 drużyn w konferencji goniących jednego gracza, czy 29 drużyn goniących tę 30-tą. Może gdyby Lewy grał w Warriors byłoby inaczej, ale dziś pomysł stworzenia Power Rankingu to hit internetu: nie doceniasz, nie rozumiesz. Wraca nas to trochę do pięknych czasów przed-2016, gdy rzucaliśmy się na trade Indiany po Evana Turnera, jak na wielki gamechanger, albo dodanie rezerwowego centra Clippers miało zmienić układ gry. Dziś podobnie robić to może np. dodanie Donte DiVincenzo przez Warriors, czy Bruce Brown w Denver.

Tak jest lepiej, tak jest zdecydowanie lepiej, jeśli chodzi o rywalizację, bo poziom na końcu był wysoki – to nie Wschód po odejściu MJ’a. Jeśli chodzi o samą ligę i jej przyszłość, to już może troszeczkę gorzej, że z czteroletnim kontraktem prosisz o wymianę i ludzie zachowują się jak ośmiolatki nad Eurobusinessem. Nie to, że coś w tym złego cieszyć się, że możesz znów kupić Wiedeń z hotelami, na szczęście wielu z nas ma już po dziesięć lat, część właścicieli ma w dodatku nawet po jedenaście, więc to jeszcze wróci w 2024 roku – te np. dwa żądania wymian Jamesa Hardena – do właścicieli, którym takie reguły biznesu podobają się na pewno mniej, niż samym koszykarzom. Chyba, że do tego czasu Adam Silver zdoła wymienić Herba Simona i Mickeya Arisona na absolwentów Stanfordu i Sadów Ekowiśni.

Ale jeśli chodzi o rywalizację, jesteśmy z powrotem w tym punkcie, w którym three-peatu nie widzieliśmy już aż od 2002 roku i na niego się nie zanosi. To jest wielka sprawa.

Poprzedni artykułWake-Up: Lakers rozmawiają o wymianie Irvinga. Zion i Garland z max-przedłużeniami
Następny artykułKajzerek: Jak zostać dziennikarzem NBA?

8 KOMENTARZE

  1. Sam śmiałem się trochę z tego gadania np. redaktora Kwiatkowskiego, że nie ma drużyn elitarnych, że poziom nie taki. Widzę tutaj próbę „bronienia” poziomu meczów w finale, ale nie oszukujmy się – 85% Curry’ego 70% Thompsona, Andrew Wiggins i Kevon Looney w pierwszej piątce widowiskiem być nie mogło.
    Natomiast faktem jest, że sytuacja w której tyle drużyn może myśleć o tytule, jest bardzo odświeżająca. Skoro faktycznie tak to wygląda, to dlaczego odbiera się szansa Portland, wspomnianymi wyżej przytykami? Okej, przy zdrowych Nuggets i Clippers raczej sobie tego nie wyobrażam, ale zawsze są jakieś czynniki losowe vide kontuzje, która tę szansę mogą przynieść.

    Lubię to: 5
      • Brawo, wymieniłeś najlepszych koszykarzy z danego zespołu, żeby dodać heroizmu. Teraz idź krok dalej i poza Bostonem podaj mi drugiego/trzeciego najlepsza gracza: Bones Hyland, Desmond Bane, Jalen Brunson? Sam widzisz, że aż tak spektakularnie to nie wygląda. Jednak oczywiście, to też nie wina GSW, że przykładowi Suns potknęli się o własne nogi.

        Lubię to: 1
        • Ale to nie liga fantasy. To byly najlepsze TEAMY w lidze, z topowymi atakami, obronami i z najlepszymi bilansami. I gsw ich ROZJECHALO (z Celtics przez moment bylo na styku).

          Finaly Ci sie nie podobaly? Nie ma problemu. Ale oddajmy GSW, ze byli najlepsi i potem dlugo nic.

          Lubię to: 1
  2. Wszyscy wiemy że zachód się rozłożył przed złotymi chłopcami jak jagódki przy wjeździe do lasu a Leprechauny toczyły mordercze boje i zabrakło im koniczynek w finale ale czy to wina Kerr’a i spółki?

    Lubię to: 0