Flesz: Jak w Ameryce. Wieczór z League Passem

5
fot. apnews.com

Nie mam Netflixa, robię kina. To pierwsza oszczędność. Odkąd zrezygnowałem z karty Cinema City, nie jestem obciążony miesięczną płatnością za oglądanie filmów. Czy wychodzi taniej? Nie mam dzieci, które chcą, żeby puszczać im seriale. W moim telewizorze dominuje sport, głównie piłka, dzień Martina Lutera Kinga jest jednak chyba jedynym, gdy NBA można pooglądać tak jak robi to Pan Amerykanin. W poniedziałek mecze ruszyły od godz. 18:30 i nie jeden, nie dwa, tylko w pewnym momencie grane były naraz cztery i można było przeskakiwać z kanału na kanał.

Wykrzyknik!

Nagle już po 21:40 naraz grali Kyrie Irving i Darius Garland w Cleveland i Chicago grało u Ja Moranta.

W tych dniach mam wykupiony CANAL+, żeby oglądać Premier League i Premiera Division. Dokupuję do tego miesięczną subskrypcję Eleven Sports, by śledzić mój Milan i fascynującą w tym sezonie Serie A. Mam też dokupiony pakiet Polsat Sport Premium, żeby religijnie oglądać Ligę Mistrzów już od 17 i ulubione studio „u Darka” Dziekanowskiego. To trzy. Do tego dochodzi teraz Viaplay na mecze Roberta, ale też już w przyszłym sezonie na mecze Manchesterów City i United, Leeds i West Ham. To cztery. I na to dopiero wjeżdża League Pass za aż 70 zł miesięcznie, który w ofercie ma jednak mnóstwo spotkań. Niestety rzadko jesteśmy w stanie móc z niego skorzystać, tak jak mogliśmy to zrobić wczoraj.

Jeszcze tylko przeżyłem to, jak sędzia okradł w końcówce meczu mój Milan i przerzuciliśmy na League Pass. Tam Boston odrobił straty z Pelicans, prowadził 91-76 w połowie czwartej kwarty („To musi być klasyczna bostońska kasza i słaby mecz” – błysnął redaktor), więc przeskoczyliśmy do imponująco – nawet na tle stadionów piłkarskich – wyglądającej Madison Square Garden, gdzie nagle nie dyskutowaliśmy o tym, czy Tielemans czy Declan Rice będzie pasował lepiej do United (poprawna odpowiedź to Jude Bellingham), tylko o tym, że Cody Martin gra trzeci sezon w NBA i gra w Charlotte, i z każdym nawet nie miesiącem, tylko tygodniem, jest coraz lepszy. Ale Charlotte jedzie Knicksów – zgłaśniam więc fonię, by posłuchać czy Knicks są buczani (nie są), zanim przeskakujemy do Waszyngtonu, gdzie „Joel Embiid to MVP” nagle jechany jest przez skaczącego po nim Kyle’a Kuzmę („zamienili siekierkę na stryjek, czy kijek” – gdy Tyrese Maxey rzuca airball za trzy).

Kolega dzwoni do Kebab House’a. Na talerzu z frytkami, sos mieszany i jeszcze kubek mięsa. Z jakim sosem? Z mieszanym, mięso też mieszane. Ale nie mogę czekać – czasem apetyt o tej wieczornej porze rośnie jakoś tak natychmiast – i odpakowuję zamówionego wcześniej „hindusa”, bo dokładnie pakuje miskę z sosem, przez co lepiej trzyma ciepło i jest przede wszystkim tańszy o dziesięć złotych, niż ten drogi, który ulokował się w centrum.

„Zaraz będzie Kyrie w Cleveland. Ciekawe czy chce rzucić 50 i wjechać na fejmie antyanty”.

Kwadrans po 21 widać jednak, że Darius Garland rzut ma faktycznie jak czarny Steve Nash. Różnicę robi też niesamowity wzrost Cleveland na tle Brooklynu, który pod koszem startuje dwóch debiutantów. Przewijam wstecz jak Jarrett Allen ustał w izolacji na Jamesie Hardenie, zanim ktoś poprosi, żebym nie przewijał. Nikt nie prosi. Cleveland fascynuje pokój. Kolega rzuca przy remisie w drugiej kwarcie, że Cleveland wygra ten mecz. Niedawno też przegrał na Milanie, ale tu mu wejdzie. Nikt nie postawił na 50 Kyrie’ego.

Początek tego w Memphis o 21:30 się wydłuża, z uwagi na uroczystości, więc wracamy do Waszyngtonu, ale to nie wydarzy się dziś dla Embiida („nie ma wingmanów, wszyscy są kontuzjowani, Thybulle, Danny Green na rapie w rap bluzie”). Zwykle o tej porze dyskutujemy czy Ferland Mendy, Eder, David Alaba i prawy obrońca Realu – nazwisko nieważne – to najlepsza linia w Europie, albo czy Koman jest lepszy niż Sane i czy asysty do Roberta powinny liczyć się jak 0.7 („wiesz, tak jak dawno temu w USA biali liczyli czarnoskórych – 0.7 białego człowieka”).

W końcu Ja Morant zaczyna biegać, ale mówimy o tym jak dominuje Jaren Jackson po obu stronach. Tylko te faule. Steven Adams z Morantem i Desmondem Bane’em zaczyna rozumieć się coraz lepiej, „dlatego Memphis będzie zaraz nr 1 w Power Rankingu na nba.com”. Dziś już jest. Szukamy jednak każdej okazji, żeby wrócić się do Cleveland. Nagle w jednym wideo jest Morant, w drugim Garland (i Kyrie), który w dwie godziny dodaje sobie dwóch nowych fanów na kanapie normalnego, nowego osiedla na outskirtsach, to jest przedmieściach, Stolpu, to jest Słupska, nie napiszę gdzie, ale wszyscy mnie tu znają z widzenia.

Chesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułWake-Up: 48 Bookera. Hawks pokonali Bucks. Bam i CJ wrócili. Stanley bohaterem Lakers
Następny artykułMniejszościowy właściciel Warriors: Nie interesują mnie Ujgurzy, nikogo to nie obchodzi

5 KOMENTARZE

  1. Jak byłem trzy tygodnie w USA, to jedną z moich obserwacji było jak różne (lepsze!) jest oglądanie NBA o normalnych porach i codziennie. Zupełnie inne niż oglądanie z Polski po nocach albo weekendach. Dodatkowo faktycznie zupełnie inne wrażenie niż piłka nożna, bo mecze są dużo gęstsze i łatwiej regularnie oglądać ulubioną drużynę. Z tym że, z racji, że pomiędzy wschodnim a zachodnim wybrzeżem jest nawet 5 godzin różnicy to i tak niektóre mecze są późno nawet z perspektywy amerykańskiej.

    Lubię to: 9
    • To samo tyczy się Filipin. Wstajesz, drink, chill i nba w tv (NBA TV ku gwoli ścisłości) od samego rana. Jednak przeskoczyć tego nie można, bo strefa czasowa robi swoje. Takie moje 5 centów do rozmowy :)

      Lubię to: 10