Największy prześladowca Celtics

5
fot. YouTube

Ci starsi kibice w Bostonie do dziś mają dreszcze na samo wspomnienie jego nazwiska. Z kolei ci bardziej zagorzali sympatycy polskiej ligi mogą nawet nie wiedzieć, że niejaki Channing Toney, który kiedyś zaliczył epizod w Gdyni to syn jednego z najbardziej utalentowanych graczy w dziejach 76ers. Przypomnijmy koszykarskiego „Dusiciela z Bostonu”.

Andrew Toney – nazywany po prostu „The Boston Strangler” („Bostoński dusiciel” lub jak kto woli „Dusiciel z Bostonu”) – jest być może posiadaczem najbardziej niefortunnego pseudonimu  w historii NBA. Fakt, że został ochrzczony przez dziennikarzy sportowych tym samym mianem co niesławny Albert DeSalvo, morderca 13 kobiet na terenie Bostonu w latach 1962-1964, można by wręcz uznać za ogromny nietakt względem rodzin tamtych ofiar. Dziś taka akcja w mediach raczej by nie przeszła.

Warto jednocześnie dodać, że ten sam pseudonim od dziennikarzy otrzymał wcześniej World (wtedy jeszcze Lloyd) B. Free, który w 1977 r. zdobył w meczu nr 7 półfinałów konferencji przeciwko Celtics 27 punktów. Był to jednak klasyczny przypadek „artysty jednego przeboju”.

Andrew Toney pozostaje jedną z najbardziej enigmatycznych gwiazd lat 80., czasów kiedy kluczowe akcje w koszykówce z reguły odbywały się nie na obwodzie, a przy samej obręczy. To byłby prawdziwy raj dla niektórych graczy, za którymi dziś tak bardzo tęsknimy.

Nasz bohater nie jest jednak kolejnym, tak charakterystycznym dla tamtej epoki podkoszowym drwalem, który łokciami torował sobie drogę do sukcesów w naszej ulubionej lidze. To nie był Rick Mahorn czy Buck Williams, dla których czas wspominek na Szóstym Graczu pewnie jeszcze kiedyś nadejdzie. Andrew Toney był w rzeczy samej niepozornym „mordercą” na półdystansie i w wejściach pod samą obręcz. To człowiek, który kiedyś zdobył 46 punktów (21/29 z gry) w przeciwko „Showtime” Lakers w zaledwie 35 minut gry i nie potrzebował do tego ani jednego celnego rzutu z obwodu.

Poza tym, Toney był być może jedynym graczem, z którym podobno nawet Larry Bird nie chciał wdawać się w trash talking i którego Charles Barkley, mając przecież do wyboru choćby Juliusa Ervinga, Mosesa Malone’a, Bobby’ego Jonesa czy Maurice’a Cheeksa, nazwał „najlepszym graczem z jakim kiedykolwiek grał w jednym zespole”. Z pozoru odważne stwierdzenie, zważywszy, że raczej nikt nie spodziewa się takich komplementów pod adresem gracza, który nie jest (i chyba już nigdy będzie) członkiem Hall of Fame.

Chesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułPolska na ósmym miejscu Mistrzostw Świata po porażce z USA
Następny artykuł5 na 5: Klęska Amerykanów i zapowiedź Konferencji Wschodniej

5 KOMENTARZE

  1. Świetna lektura! I przykra konkluzja, że to bardziej z winy pecha i właściciela, a nie własnych decyzji tak zakończyła się kariera.

    Ciekawostka: Kevin Bacon pochodzi z Phily ale bardzo często obsadzany jest w roli postaci z Bostonu, szczególnie gliniarzy. I nie jest przez to lubiany w Bostonie, opowiadał o tym w wywiadach. To taka cegiełka do tej rywalizacji miast.

    Lubię to: 11