Big3: Mamy finalistów! Glen Davis ratuje Power od sensacyjnej porażki

1

zimbio.com
zimbio.com

Wczorajsze mecze wyłoniły nam uczestników tegorocznego finału. W Dallas nie brakowało dramatów i sensacyjnych rozstrzygnięć. Walka o drugi w historii tytuł mistrzowski Big3 już za tydzień w Nowym Jorku w hali Barclays Center.

Ostatecznie w finale zobaczymy zespoły Power i 3’s Company, choć niewiele brakowało, a para finalistów wyglądałaby nieco inaczej. Podopieczni Nancy Lieberman, najlepszy zespół w fazie zasadniczej, o mało co nie uległ na finiszu ekipie Tri-State. Ostateczne dzięki zimnej krwi Glena Davisa  udało się wyrwać minimalne zwycięstwo.

W drugim półfinale wydarzenia miały zaskakujący jednostronny przebieg. Andre Emmett, grający w swoim rodzinnym mieście, niemal w pojedynkę roztrzygnął losy spotkania, rzucając aż 27 punktów – tylko o jeden mniej niż cała drużyna 3-Headed Monsters.

Oprócz półfinałów, fani w American Airlines Center otrzymali też mały apéritif w postaci dwóch meczów z udziałem zespołów, które i tak nie awansowały do fazy w playoffs. Niby nic, ale w cenie jednego biletu zawsze coś. Jeżeli masz okazję zobaczyć w akcji “White Mambę”, Stephena Jacksona czy Ala Harringtona, bierzesz taką opcję w ciemno.

W chwili gdy piszę te słowa, box scores z piątkowych meczów są jeszcze niedostępne. Poprawa działania oficjalnej strony internetowej, a co za tym idzie, lepszy dostęp do informacji to w mojej skromnej ocenie kluczowe zadania dla organizatorów ligi na przyszły sezon. Nie gniewamy się jednak na Big3! Przeciwnie – za wczorajszym twittem Stephena A. Smitha wspieramy ten pomysł jak tylko możemy.

Ball Hogs vs. Ghost Ballers 50:35

Niczym słaby suport przed mocnym koncertem na boisko wybiegli Ball Hogs oraz Ghost Ballers – dwie najsłabsze ekipy w lidze. Trybuny były jeszcze pustawe, co pewnie przypomniało trenerowi Rickowi Barry’emu najgorsze okresy z czasów gry w ABA.

Niewiele chyba można napisać o tym meczu. Ball Hogs szybko objęli prowadzenie, które w pewnym momencie wynosiło 8 punktów (14:6) i generalnie dość łatwo wygrali pierwszą połowę po trochę przypadkowych punktach Jermaine’a Taylora (26:16).

W drugiej części przewaga Ball Hogs wynosiła już kilkanaście punktów i można było odnieść wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie chciało się za bardzo grać. Mecz zakończył się rzutem za 4 punkty Andre Owensa, który nawet nie był specjalnie broniony. Ivan Johnson był spóźniony o jakieś 3 przecznice.

Chyba jednak wycofuję z wcześniejszych słów. Nie wiem czy podczas playoffs takie mecze o nic są jeszcze komukolwiek potrzebne.

Killer 3’s vs. Trilogy 51:47

Jak wyżej, choć przynajmniej tutaj było nieco więcej emocji. Było to też spotkanie starych kumpli z czasów dawania sobie kuksańców pod koszami, a dziś mniej lub bardziej dumnych trenerów – Charlesa Oakleya i Ricka Mahorna. Ten drugi, być może właśnie z tego powodu, założył nawet odświętną koszulę. “Oaka” nie musiał tego robić. On jest zawsze elegancki. W końcu nigdy nie wiesz kiedy wylądujesz w kolejnym kasynie.

Mecz rozpoczął się całkiem ciekawie. Od początku zrobiło się na sercu jakoś bardziej “pacersowo”, kiedy obserwowało się bezpośrednie starcie Rona Artesta z Alem Harringtonem. Obok mieliśmy za to Stephena Jacksona. No i jeszcze te żółte stroje Killer 3’s. Było prawie jak w Indianie…

Jacksonowi nie w głowie były jednak jakiekolwiek sentymenty. Na boisku było bardzo fizycznie jak na mecz bez żadnej stawki. Szybkie dwie trójki Stephena Jacksona dały Killer prowadzenie 18:9. Trilogy zaczęli jednak mozolnie odrabiać straty. Przy stanie 21:17 dość groźnie wyglądającej kontuzji nabawił się Mike James i Killer zostali właściwie bez klasycznego rozgrywającego w składzie. Graliśmy dalej. Jackson zakończył pierwszą połowę z linii rzutów wolnych i ustalił wynik na 25:17.

Trilogy ruszyli do ataku zaraz wznowieniu gry. Po stracie pierwszego kosza rzucili 8 kolejnych punktów i właściwie zniwelowali straty. Nie trwało to jednak długo. Dobrze grający Alan Anderson przyczynił się do zwiększenia przewagi na 39:31. Od tego momentu Killer 3’s konsekwentnie trzymali rywali na dystans. Prowadzili nawet 49:37, aż w końcu zupełnie przysnęli. Trilogy ruszyli w pościg i rzucili 12 punktów z rzędu. Na więcej nie było ich jednak stać i po koszu Andersona (18 punktów i 6 zbiórek) z linii rzutów wolnych mecz zakończył zwycięstwem ekipy Coacha Oaka.

Czas na playoffs! Przejdźmy do półfinałów:

3’s Company vs. 3-Headed Monsters 50:28

Szybkie dwie trójki Drew Goodena i punkty spod kosza Andre Emmetta dały Company komfortowe prowadzenie 8:0, które właściwie ustawiło cały mecz. Monsters odrabiali straty, ale nie potrafili na dłuższą metę przejąć inicjatywy. Nie pomogly ani kosze Abdul-Raufa, ani nawet jego blok na sporo wyższym DerMarze Johnsonie, który przypomniał co niektórym, że mający prawie pół wieku strzelec Monsters kiedyś naprawdę nieźle skakał. W pewnym momencie w obozie Gary’ego Paytona zaczęła wkradać się frustracja. Po punktach Reggie’ego Evansa, który zmniejszyły straty na 12:16, doszło nawet do scysji pomiędzy najlepszym zbierającym ligi oraz jak zwykle twardo broniącym Dahntayem Jones.

Evans był wyraźnie pobudzony, ale jego agresja nie przełożyła się na poprawę rezultatu. 3’s Company wygrali ostatecznie pierwszą połowę 25:14.

Po krótkim odpoczynku światła jupiterów skierowane były już tylko na Andre Emmetta, który całkowicie zdominował to spotkanie. Trafiał jak na zawołanie, raz za razem coraz to trudniejsze rzuty. Gdyby kazano mu rzucać z parkingu przed halą, być może również piłka wpadłaby do kosza. W końcu był u siebie. Szczególnie efektowne było jego zagranie w akcji jeden na jeden przeciwko Qyntelowi Woodsowi, kiedy trafił w niesamowicie trudnej sytuacji jedną ręką o tablicę. Wynik wskazywał wówczas już 34:18 dla Company i właściwie w tym momencie było już po meczu. Gwoździem do trumny był rzut Emmetta za 4 punkty na 43:26. Monsters byli zrezygnowani i chcieli jak najszybciej iść do domu.

Power vs. Tr-State 51:49

Mecz godny finału, a na pewno półfinału. Nie ma co gadać – to było najlepsze starcie tego sezonu. Krążący od zwycięstwa do zwycięstwa Power byli w nie lada tarapatach, bo tym razem wynik do końca był sprawą otwartą. Całe spotkanie można (i wypada, ba! trzeba!) obejrzeć tutaj.

Chcesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułRookie Power Ranking Tier 3
Następny artykułMiędzy Rondem a Palmą (660): Witamy w Polsce

1 KOMENTARZ