Już niedługo ukaże się biografia Adama Wójcika „Rzut bardzo osobisty”

6
fot. WSQN

11 września nakładem wydawnictwa SQN (Sine Qua Non) ukaże się biografia Adama Wójcika „Rzut bardzo osobisty”.

Napisał ją wrocławski dziennikarz, autor książek i reportarzy Jacek Antczak, i teraz gdy to piszę leży ta książka otwarta na zdaniu:

„Jak to się więc stało, że tak jak każdy wielbiciel koszykówki w świecie chciał grać jak Michael Jordan, tak w Polsce wszyscy, z Marcinem Gortatem na czele, marzyli, żeby być jak Adam Wójcik?”

No może nie wszyscy, ale ci ponad dwumetrowi na pewno. Wszyscy natomiast pofarbowaliśmy sobie kiedyś całą sekcją włosy na blond, tylko dlatego, że Adam Wójcik postanowił tak zrobić.

Ci, którzy nie pamiętają Wójcika z lat 90-tych niech pomyślą teraz o mierzącym 209 cm silnym skrzydłowym, którego zasięg rzutu kończył się na ósmym metrze i który używał niebywałego jak na tamte czasy, i nasze polskie warunki, atletyzmu aby latać nad obręczą, blokować rzuty z pomocy, a przy okazji czynił to z gracją i lekkością niedoścignioną dla swoich podkoszowych następców w reprezentacji.

„Jestem przekonany, że gdyby w jakiś sposób przenieść Adama z jego najlepszych lat w dzisiejsze czasy, grałby teraz w NBA.” – Marcin Gortat.

Grałby nawet i w tamtych czasach, gdyby w NBA nie szukano przede wszystkim Eurelijusów Zukauskasów czy innych drewien.

Grałby jako stretch-four w NBA 2013/14, bo mógł i tak grywał. Strzelcem za trzy był okazjonalnym, ale miał sezony, w których trafiał po jednej trójce w meczu, robiąc to na skuteczności 38.8, 38.6, 38.6, 40.7 czy nawet 54.3%.

Gortat dodaje też, że Wójcik był jego zdaniem najlepszym polskim koszykarzem. Niełatwo to ocenić na przestrzeni dziejów – są przecież takie nazwiska jak Mieczysław Młynarski, Edward Jurkiewicz czy Dariusz Zelig. Być może kiedyś dołączy do nich Gortat. Mógł być za to tym najbardziej utalentowanym. Na długo zanim zaczęliśmy pasjonować się small-ballem w NBA, w latach 90-tych najbardziej ekscytującą kwestią przed moim telewizorem stanowiło to czy Adam Wójcik, podobnie jak Kevin Garnett, zagrał w danym meczu chociaż przez chwilę na trójce. Bo mógł i tak grywał.

Był szybszy od podobnych mu wzrostem rywali i ogromnym problemem w matchupie, gdy schodził na lewy blok. Niewielu praworęcznych zawodników podobnych mu warunkami fizycznymi potrafiło też trafiać tak regularnie fade-away do wewnątrz, ten trudniejszy, jordanowski, czyli przez lewe ramię. Wtedy – rozpływałem się. To były czasy, gdy nie mogłeś doczekać się końca meczu, aby pobiec na kosz. I chodziło o mecze naszej, rodzimej ekstraklasy.

Książka Antczaka, a przynajmniej pierwszy jej rozdział cofa tę 30-40-letnią dziś brać do przełomu lat 80/90. Nie tylko dla wrocławian – bo z Oławy pochodził, a w Gwardii Wrocław zaczynał Wójcik – te wspomnienia z pewnością wyrażać będą jeszcze więcej niż dla wówczas młodego chłopaka ze Słupska.

Są jednak punkty wspólne, łączące pokolenie na mapie Polski. Występują wtedy gdy Antczak pisząc o tamtych czasach i tamtej koszykówce namacalnie oddaje pełne wilgoci ściany szatni, rdzy pod prysznicami, wąskich korytarzy hal, dymu papierosowego czy wysłużonych dywanów w internatach.

Poza koszykarskimi historiami z czasów juniorskich, których pełno jest w przeczytanym póki co przeze mnie pierwszym rozdziale, są też bowiem fragmenty opowiadające o tym co działo się poza parkietem

Dlatego tę książkę – a przerwałem przez nią lekturę „Eleven Rings” Phila Jacksona – czyta się tak dobrze. M.in dla fragmentów takich jak ten:

„(…) Kiedy domówka odbywała się pod nieobecność rodziców, młodzi zaczynali od obowiązkowego ściągania kloszy z lamp – żeby zminimalizować straty.

Adam nie ma na sumieniu zbyt wielu zniszczeń i wybryków, może poza wzięciem za fraki i uciszeniem dobijającego się do drzwi sąsiada, któremu przeszkadzała głośna muzyka oraz pozostawieniem śladów, świadczących o jego umiejętnościach akrobatycznych.

Pewnego razu mama Magdy po powrocie do domu była zdumiona: „Wiedziałam, że zawsze coś poprzewracacie i pozabijacie. Że znajduję kiepy w doniczkach – wiadomo, makatka połamana – okej, ale Chryste Panie, kto tu chodził po ścianach”.

Po analizie rozmiaru stopy okazało się, że Adam Wójcik.”

Szósty Gracz sprawuje patronat medialny nad tą pozycją i wydawnictwo przygotowało kilka egzemplarzy, które w najbliższych tygodniach rozdamy w konkursie.

Książka liczy sobie aż 400 stron, jest przepleciona zdjęciami między innymi z prywatnych zbiorów Adama Wójcika i kiedy przerzucałem chwilę temu kolejne kartki, łapiąc wzrokiem znajome sprzed lat nazwiska, daty, mecze – miałem ochotę czytać od 187 czy 311 strony.

To wygląda na pozycję obowiązkową.

Od 11 września w sprzedaży, u nas niedługo w konkursie.

0
Poprzedni artykułThomas Kelati: musimy zacząć od awansu do drugiej rundy
Następny artykułDavid Stern załagodził konflikt w Nowym Jorku

6 KOMENTARZE