Własny zespół w D-League to już nie luksus, powoli to konieczność

0
fot. ktul.com

Development League to zaplecze NBA, gdzie można wysłać swoich młodych zawodników, którzy mają tam okazje grać i rozwijać się, zamiast tylko spędzać cały sezon siedząc na końcu ławki. To też miejsce gdzie można znaleźć wartościowych role playerów, którzy zostali wcześniej przeoczeni podczas draftu czy ligi letniej. D-League istnieje od 2001 roku i przez te kilkanaście sezonów potwierdziła już swoją wartość. Wielu zawodników grało tam, czekając na swoją szansę w NBA.

Marcin Gortat w swoim debiutanckim sezonie rozegrał kilka meczów w barwach Anaheim Arsenal. Jeremy Lin zanim stał się gwiazdą w Nowym Jorku, większość pierwszego roku w NBA spędził między ławką Warriors a grą w Reno Bighorns. Tymczasem w minionym sezonie w D-League swoje młode gwiazdy ogrywali Thunder i Rockets. Jeremy Lamb w Tulsa 66ers zdobywał średnio 21 punktów, a Terrence Jones w barwach Rio Grande Valley Vipers notował 19 punktów i 9 zbiórek. Ale D-League jest też szansą do zdobycia kontraktu w NBA. Danny Green po zwolnieniu z Cavs i Spurs, właśnie na zapleczu NBA walczył o kolejną szansę od Gregga Popovicha. Innym przykładem może być Greg Smith. Nie został wybrany w drafcie 2011, w D-League zwrócił na siebie uwagę Rockets, został przez nich zatrudniony i w minionym sezonie był już w stałej rotacji.

Chesz czytać dalej?

Poniżej znajdziesz trzy różne opcje abonamentu. Zdecyduj się na jedną z nich, a w zamian otrzymasz pełny dostęp do wszystkich artykułów na naszej stronie. To dzięki Twojej pomocy portal jest wolny od reklam, a my możemy 24 godziny na dobę dostarczać Ci najświeższych wieści z NBA.

Subskrybcja

Uzyskaj dostęp do
pełnej treści artykułów.
Poprzedni artykułNajlepsza Big3 w historii NBA nigdy nie wygrała tytułu
Następny artykułO co walczą Thunder w tym offseason?